Dziś, po wspaniałej podróży w Karkonosze podzielę się z Wami kilkoma spostrzezeniami, bo sporo wyjątkowych rzeczy się wydarzyło. Otóż Karkonosze większosć z nas zna z powodu malowniczej Szklarskiej Poręby, Karpacza czy - co bardziej obeznanym zdobywcom szczytów - Chojnika. Ileż z nas było przejazdem w okolicy? W Podgórzynie? Sosnówce? Zachełmiu? Przesiece? Sobieszowie? Miłkowie? A wierzcie mi że warto. Nie będę się rozpisywać dla jakich malowniczych powodów warto zapakować rower, kąpielówki i ruszyć na tydzień do malowniczej Doliny Zamków i Pałaców:) Pooddychać innym powietrzem, zjeść świeżo złowioną rybkę podziwiając swoje odbicie w tafli jeziora u podnóża gór, przeykrytych jeszcze gdzieniegdzie śniegiem. Odnaleźć zapomniane szlaki piesze, odtworzyć historię domu Hauptmanna, zakosztowac wybornego piwa w barokowym Spiżu  w Miłkowie...

 O pałacach w okolicy skrobnę innym razem. Dziś zawitałam do Cieplic, dawnej rodowej siedziby Schaffgotschów, wcześniej - od XIIIW - w zarządzie Joannitów. Wspomnieniem po pierwszych jest wspaniała, okazała budowla pałacowa, zarządzana obecnie przez Politechnikę Wrocławską, natomiast po drugich kościół św. Jadwigi i zakon. I w związku z tymi miejscami mam do opowiedzenia kilka ciekawych anegdot. Udało mi się niedawno podsłuchać historię opowiadaną przez przewodnika w owym kościele, w którym znajdują się figury wielu męczenników, a którzy ginęli w najgorszych mękach - Św, Szczepan ukamienowany, Św. Wojciech zginął od włóczni/bądź toporu, a odrąbaną głowę zatknięto na pal ku przestrodze innych. Innego rozczłonkowano - słowem pod jednym dachem cała galeria cierpień i męczarni. Każdy z męczenników  umarł inną smiercią męczęńska, w związku z tym patronuje (o ile w ogóle mozna tak powiedzieć)  różnym typom cierpień. Sens modlitwy miałby  polegać na tym, by wznosić litanie do właściwego patrona (w zwiazku z naszymi boleściami - wnętrzności, głowy, jelit, serca) po to, by porównująć się z jego mękami i cierpieniem od razu nam było lepiej:) Prawda, że lepiej ponarzekać na serce temu, komu je żywcem wyrwali? Albo na głowę do tego, któremu ją odrąbali żywcem? To naprawdę działa:)

Kolejna sprawa, o której - jako nieświadomy turysta wspomnę - będzie stary młyn, znajdujący się zupełnie w ukryciu, wobec nieźle "odstawionego" cieplickiego deptaka. Pięknie odrestaurowane fasady budynków ukrywają przed nietutejszymi fascynującą historię dawnej budowli (młyna), w której podają co prawda tylko kawę i piwo, ale mozna tez w skromnych warunkach zorganizować imprezke, czy wynająć pokój. Niepodal Parku Zdrojowego w starym młynie, wybudowanym ponoć w 1778r., (a niektóre materiały źródłowe, wspominaą powstanie ogromnego, trzykołowego młyna w 1575r.) można po prostu odpocząć. Nad rzeką, w zieleni - zamiast przy wybrokowanej alejce na słonecznej patelni wchłonąć kawkę, piwko i garść pieprznych historii...  

    Być może pierwotna, renesansowa budowla młyna nie przetrwała, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę przyjąć, że obecna stoi co najmniej na jej fundamentach, poza tym w  murach czuć ducha przeszłości. Sam budynek, malowniczo położony nad Bobrem, obrośnięty zieloną gęstwiną, z piękną kamienną (nieczynną) fontanną w podwórzu aż prosi się o reklamę. O tym budynku nie ma słowa w internecie. No moze poza małym wyjątkiem, że chodzą do niego wykładowcy Politechniki Wr. na piwo ze studentami:) Ale na całym deptaku żadnej informacji :( Taki potencjał i tak się marnuje. Podobno obiekt czasy świetności ma juz za soba (lata 90-te), jednak uważam, że jeszcze można wspomóc właścicieli  (reklamą:)) - rówieśników moich dziadków, wspaniale gospodarujących na takich powierzchniach. Niegdyś bez dachu i bez stropów, dziś kryjących we wnętrzach całą masę historycznych materiałów - od przedwojennych puzonów, trąbek, poprzez leciwe oleje w oryginalnych ramach, po coś na kształt motocykla z lat (jak na moje oko) pięćdziesiątych. Wnętrza, choć daleko im do wypielęgnowanych za środki unijne przestrzeni urzekają - nie wanną z jacuzzi, czy łóżkiem wodnym , a wielkimi dębowymi stołami, drewnianymi, niewycyklinowanymi na wysoki połysk podłogami i sofami, na których niejedno cygaro wypalono i o niejednej batalii rozprawiano...

Poza tym, jadąc w te rejony, słuchałam w "Trójce" opowieści o górniku, który w wieku lat 44,z rozpoznaną pylicą płuc usłyszał wyrok: "Koniec pracy pod ziemią".  Dla człowieka od zawsze tak pracującego to było jak koniec świata. Podczas  gdy tak szukał odpowiedzi na pytanie: "CO dalej?", "Jak żyć?" tkniety instyktem kupił bilet do Indii i od tamtej pory prawie nieustannie podróżuje, spotykająć sie przy okazji z największymi tego świata. Spełnia swoje marzenia, czego wszystkim Wam życzę (http://przewodnik.onet.pl/reportaze/jak-hajer-zostal-ksiedzem,1,4336367,artykul.html, http://przewodnik.onet.pl/reportaze/hajer-nie-do-zajechania,1,4104584,artykul.html, nawet opublikował już książkę: "Hajer jedzie do Dalajlamy")

O historii Cieplic poczytajcie przede wsyzystkim u karkonoskiego "wieszcza" - Kazimierza Stecia http://www.karkonosze.ws/cieplice_slaskie_zdroj_artykul_629.html, który jak nikt inny przyczynił się do rozpowszechniania górskiej turystyki oraz miłości do regionu. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, być może w związku z tajemnicami radomierzyckich archiwów. Ale historia pałacu w Radomierzycach i powiązań tajnych materiałów z nazwiskami Stecia, śmiercią Jaroszewiczów, francuskimi aktami, a radzieckimi wyzwolicielami to już zupełnie inna historia...