U podnóża Gór Sowich, w bardzo malowniczej okolicy, znajduje się odrobina mej dawnej rodzinnej historii, o której opowiadano mi jako dziecku i  którą mogę się teraz podzielić, podpierając się historycznymi materiałami. Otóż część noworudzkich areałów ziemskich w XVII w. wchodziła w skład majątku rodu von Magnis, który emigrował ze Szwecji do niemal dziś wszystkim znanego pałacu w Bożkowie (tego samego, który parę lat temu miał stać się letnią rezydencją Księcia Karola). W skład ówczesnego majątku wchodziły setki areałów ziemskich (pól i lasów), które podzielone były na mniejsze, podległe obszary określane jako „Dominium”. Takim „Dominium” był w XVII w. dwór w Woliborzu (d. Volpersdorf), w którego części zorganizowane były biura mieszkającego w Bożkowie hrabiego von Magnis, a w części mieszkał zarządca, odpowiedzialny za lasy arystokraty. Wg niemieckich i  przekazów budynek dworu stał przy drodze do Bielawy już w 1531r., był otoczony zabudowaniami folwarcznymi (podzielonymi funkcją na Dom Kobiet i Dom Mężczyzn), a wjazd prowadził przez piękną aleję bukową. Stajnie zdobione były ornamentami przedstawiającymi postaci koni, a wyposażenie dworu było kompletne jeszcze w latach 60-tych dwudziestego wieku. O historii Woliborza (d. Volpersdorf) można przeczytać na prowadzonej przez dawnych niemieckich osadników stronie internetowej: volpesdorf.de, z której wynika, że znaczną wiedzę o wsi zawdzięczamy  prof. J. Wittigowi -autorowi  kronik Nowej Rudy. Pisząc je odnalazł m.in. informacje o pryznależności majatku do korony czeskiej i państwa Wielkich Moraw. O historii Woliborza i Nowej Rudy mówić możemy już od 1336 roku, w którym to  wyodrębniono majątek z innymi dobrami (Hausdorf, Konigswalde, Kunzendorf, Ludwigsdorf Und Volpersdorf), a od 1352 znajdował się pod rządami rodziny von Donyn.
Dwór właściwy Dominium został ukończony (zgodnie z tablica pamiątkową) w 1531 pod panowaniem już Jakoba Stiilfrieda. Obecnie funkcjonuje jako zajazd turystyczny „Leśny Dwór”, a wcześniej przybywały tam liczne kolonie oleśnickich i nadmorskich zakładów ZNTK. Moi dziadkowie w ramach rekompensaty wojennej otrzymali w latach pięćdziesiątych około połowy zabudowań Dominium do zagospodarowania wedle własnych potrzeb. I pozostawili tam całą masę wspomnień, których nie można znaleźć w Internecie. W czasach powojennych w pełni wyposażonym dworem zarządzał pan X., który dbał o mienie oraz stan budynku. Troszczył się również o legendę, którą rozpowszechniano o duchu woliborskiego dworu…. O Weronice, metresie Leopolda Gisberta II. I tu rozpoczynają się nieścisłości: inaczej przekazują ja dokumenty niemieckie, inaczej moi przodkowie. Wg dawnych kronik nieszczęśliwa kobieta, za życia szykanowana przez okoliczną ludność i mieszkańców po śmierci miała ich straszyć. Wg mieszkającego do dziś w Woliborzu mego wujka, dama ów miała znęcając się nad poddanymi, chłostając ich przy stojącym jeszcze do lat 90-tych przed dworem kamieniu, zakuwając iw metalowe obręcze. Wielki głaz z metalowymi okuciami stał jeszcze w latach dziewięćdziesiątych przed „Leśnym Dworem”. Weronika tak bardzo nienawidziła swych poddanych i tak wiele szkody im wyrządziła za życia, że po jej śmierci ziemia wyrzuciła trumnę z jej ciałem. Miało mieć to miejsce koło kościoła, a mieszkańcy widząc to postanowili przewieźć jej ciało na szczyt góry, tak by choć tam mogło zaznać spokoju. W jakimś tajemniczym miejscu nieopodal dworu mieści się ów  grób Weroniki razem z wielkim głazem, stanowiącym niejako symbol jej pomnika. Podobno każdy kto znajdzie się w jego okolicy błądzi i nie może trafić do miejsca, z którego przyszedł. Nawet niezły znawca lasów i zapalony grzybiarz, jak mój wujek niechętnie przyznaje się do tego, jak zgubił drogę i do dziś zarzeka się, że więcej ani sam ani z nikim innym w tamtą okolicę nie pójdzie. Historia o Weronice pochodzi z XVII w., miała więc prawo nieco się zatrzec w pamięci potomnych, bo dziś już mało kto o niej pamięta.
                W latach 60-tych we dworze funkcjonowało pełne wyposażenie obiektu, okoliczni mieszkańcy (jak moi dziadkowie) mogli wypożyczyć  wspaniałe wazy, sztućce, talerze na rodzinną imprezę. Babcia opowiada też o meblach i pianinie, które znajdowały się w tamtych czasach we dworze. Goszczono w nim kolonistów, przybywających na wakacje, a opiekunów i opiekunki  w okolicach północy straszył podobno duch Weroniki, na tyle okrutny, że goście uciekali z budynku drzwiami i oknami ( po latach okazało się,że na potrzeby draki zarządca podwędził kilka czaszek z barokowej Kaplicy Czaszek w Kudowie Czermnej i podświetlał właśnie je w późnonocnej porze:) ). O ile historia ducha Weroniki została mocno nadszarpnięta w ostatnich latach, to jednak przyznać  trzeba, że chyba  istniał ktoś taki, skoro tak wiele historii jest z nią związanych
                Chciałam również rzec dwa słowa o zamku obronnym, który w XI w. wznosił się na woliborskich wzgórzach i o wojnie napoleońskiej, odbywającej się w nieodległej, srebrno - górskiej przełęczy, jednak na wszystko braknie mi sił. Być może w następnej odsłonie opiszę więcej dawnej zabudowy tej bogatej w XVIw. osady, do której w XIX w. doprowadzono górską kolej zębatą, unikalne nie tylkow tamtych czasach rozwiązanie.